wtorek, 8 grudnia 2009

Na człowieka miłującego

Biegnie człowiek koleinami losu przewraca się, rani i płynie strumieniami własnej krwi co dowodem jest cielesnego życia. Sprawa rozpatrzona, zakończona, sprawa na którą sie spóźni. Nie raz i nie dwa przegapi ważne momenty. Odciśnie swe słowa na białych żaglach czyichś wspomnień. O jakże by człowiek chciał wzbić to ciało do lotu w wszechświatu połacie. Zanurzyć się w odchłaniach świadomości tej co powinna zostać pod poduszką. Może, ale się boi. Może, ale wiąże go tu coś wspanialszego acz jednako uciążliwego. Smycze na nieskończoności myśli i melodii. 
Widzisz to a ślepniesz gdy wzbijamy się w kaskady bekitu, toczymy oceanami zieleni. Nie pozwalasz być motylem ciaśniej owijając kokon swymi ramionami. Nie potrzebuje twojego ciała na przyjemność, potrzebuje go na ochronę przed odczłowieczeniem, na dowód że jeszcze jest i czuje tętno pod skórą kogoś kto jest nim na pewno. 

Chce a nie może. Może a nie chce.
Człowiek, najmniej szcześliwa plamka na kuli ziemskiej.

Zatańczmy czasami pod dachem gwiazd w rytm kroków stonogi, przy smyczku swierszczy w lefrektorze ksieżycy, planet, oczu co ronią deszczu kropelki. 
Kochany przyjacielu, namacalna cząstko ludzkości. 

sobota, 5 grudnia 2009

Na dobrzejszy początek

Nine Inch Nails  - Hurt 


I hurt myself today
To see
if I still feel
I focus on the pain
The only thing that's real
The needle tears a hole
The old familiar sting
Try to kill it all away
But I remember everything

What have I become?
My sweetest friend
Everyone I know
Goes away in the end
You could have it all
My empire of dirt
I will let you down
I will make you hurt

I wear my crown of shit
On my liar's chair
Full of broken thoughts
I cannot repair
Beneath the stain of time
The feeling disappears
You are someone else
I am still right here

What have I become?
My sweetest friend
Everyone I know
Goes away in the end
You could have it all
My empire of dirt
I will let you down
I will make you hurt
If I could start again
A million miles away
I would keep myself
I would find a way


Pokochałam ten utwór i nim pragnę was powitać w "literackiej" części mojego życia. Jest specyficzny w swoim klimacie i ciężki do przełknięcia bez wydalania. Zlewa się z początkowymi założeniami odnośnie treści, które będą się tutaj pojawiać i z obecnym stanem mojego umysłu. Nie można słuchać tego nagrania lecącego przez głosnik i nie onieść wrażeń. Mam nadzieję, że tak samo stanie się z moją pisaniną. Nie będzie to od pięty po rozdwojone końcówki włosów opisywanie obrazu wnętrzności ducha. Nie chcę prawić tutaj smętnych opowiadań o nikczemności tego świata i całej jego wady jaką jest człowiek. Tym bardziej nie chcę się użalać, choć czasami pewnie będzie to odczuwalne jak kop w dupę. O filozoficznym zapatrzeniu także pewnie wam nastukam. Korzystając z nieobecności mojej M. rozwalam sobie membrany uszne kilofem głośności. King Crimson w przeplatance z David'em Bowie dają silny efekt nocą pełną bólu w klatce piersiowej. Czuję się jak przy dobrym zielonym przyjacielu. Taki mały trans przemienno - uczuciowy. Żadna świnia na mnie nie nasrała (w zwiazku z panującą "epidemią" świńskiej grypy) jednakże grypa to uciążliwe zjawisako. Zwłaszcza wtedy, gdy wbija pazury w płuca palacza nałogowca. Polopiryna i w pierenaty (łóżko - gwara z okolic Leżajska) !!!